Trema
Gordon nagle umilkł. Jeszcze nigdy w życiu Jack nie usłyszał z jego ust tak długiego przemówienia i nigdy nie dowiedział się tak wiele o tym, co czuł ten człowiek. Pomyślał o niezliczonych sposobach, na które sam kochał Emmę. Jaki mężczyzna mógłby jej nie pokochać? Nawet Gordon Obie nie był nieczuły na jej urok. Zapalił silnik i wycieraczki zgarnęły z przedniej szyby welon mgły. Minęła już piąta; do Houston wrócą po zmroku. Wrzucił bieg i ruszył z miejsca. A to co, do diabła? ? zaklął Gordon, gdy znajdowali się w połowie parkingu. Z mgły przed nimi wyłoniła się nagle czarna limuzyna. Jack wcisnął hamulec. W tym samym momencie na parking wjechał z piskiem opon drugi samochód i zatrzymał się, dotykając niemal przednim zderzakiem ich zderzaka. Wyskoczyło z niego czterech mężczyzn. Jeden z nich otworzył na oścież drzwi od strony Jacka. Na przednim fotelu siedział mężczyzna. Widzieli tylko tył jego głowy i ramiona. Ubrany w popielaty garnitur, miał zaczesane do tyłu, srebrzyste gęste włosy. Przednia szyba zjechała w dół i w jego ręku znalazły się skonfiskowane im portfele. Przez kilka minut je przeglądał. A potem obrócił się do swoich siedzących na tylnej kanapie gości. Miał ciemne, prawie obsydianowe oczy, w których nie odbijał się żaden blask. Dwie czarne dziury pochłaniające światło. Rzucił portfele na kolana Jacka. Luther wypuścił resztki powietrza ze śluzy załogowej i otworzył prowadzący na zewnątrz właz. Ja wyjdę pierwszy powiedział. Ty nie musisz się spieszyć. Pierwszy spacer jest zawsze trochę straszny. Widok rozciągającej się za wyjściem przestrzeni sprawił, że Emma złapała się kurczowo skraju włazu. Wiedziała, że to normalne uczucie i że wkrótce minie. Krótki paraliżujący strach ogarniał prawie wszystkich podczas pierwszego kosmicznego spaceru. Człowiek nie potrafi zaakceptować bezmiaru przestrzeni, braku ?góry? oraz ?dołu?. Miliony lat ewolucji wyryły w jego mózgu lęk przed spadaniem i właśnie ten lęk starała się teraz pokonać. Instynkt podpowiadał jej, że jeśli puści właz i ośmieli się wyjść na zewnątrz, runie z krzykiem w bezdenną pustkę. Na poziomie racjonalnym wiedziała, że nic takiego się nie zdarzy. Ze śluzą łączyła ją pępowina przewodów. Gdyby przewody pękły, mogła posłużyć się odrzutowym silniczkiem SAFER i wrócić do stacji. Do katastrofy mogła doprowadzić tylko cała seria mało prawdopodobnych, niezależnych od siebie niepomyślnych zdarzeń. Ale dokładnie coś takiego działo się na stacji, pomyślała. Nieszczęście za nieszczęściem. Mieli tu swój własny kosmiczny Titanic. Nie potrafiła pozbyć się złych przeczuć.